To bardzo mocne dla mnie doświadczenie, które przyszło z głębokiego Słuchania, a więc kolektywne nie tylko osobiste, wypływające z poczucia wspólnoty…współbycia, nie tylko poczucia towarzyszenia w czymś, ale bycia z…., ze współodczuwania…. może więc wspólne wielu z nas…
Poczułam jakbym wyszła ze spotkania jak z jakiegoś nalotu bombowego, jakby z oka tajfunu, w który znienacka dostałam się przez…uważność….słuchanie i ..bezruch..choć tak naprawdę nic szczególnego się nie wydarzyło na zewnątrz…w środku nastąpiło coś bardzo mocnego…i wyszłam z cięzarem pokoleń, wielkim jak kula ziemska, na barkach.. ten ciężar ruszył na mnie kiedy uświadomiłam sobie po raz kolejny, pośrodku tego tajfunu zwanego zwykłym ludzkim życiem, ile niepotrzebnego cierpienia sami produkujemy dla siebie i dla tych, których najbardziej kochamy….to jest ten tajfun, oko cyklonu, którego nie widzimy, ale które nakręca się wciąż przez naszą nieświadomość, niewiedzę, opór, strach i lęk..a także nasze sztywne nawyki, schematy i przekonania, których trzymamy się ze wszystkich sił, choć wpędzają nas i naszych bliskich do grobu..
mysle ze może czasem Ty odczuwasz podobnie….że zbyt wiele niesiesz na swych barkach, że może czasem przeczuwasz też, że to nie tylko Twoje, ale że to ciężar wielu wielu pokoleń….i że czasem to zbyt dużo by codzien od nowa, przez tyle czasu, stawiac temu czoła i stać nadal w prawdzie i byc świadkiem i nie poddawać się…i ile wysiłku to kosztuje, by pozostać nieporuszonym w swoim wnętrzu, z otwartym sercem, które nie pragnie niczego innego, jak tylko pokoju…a bomby lecą z każdej strony…
…i czasami to się wydaje jakbysmy stali posrod czarnej nocy z malenkim płomykiem i chronili go calymi sobą ostatkiem sił…a na to przecież by go ochronić trzeba miec nowe sily dzien po dniu, zeby upadac i podnosic sie i żeby nadal utrzymac płomien, otwarte serce..pomimo zranień i bólu i nie uciec, nie odwrócić się i utrzymac nadzieję, że w nas wszystkich on przecież płonie…
czasami mozemy czuc sie w tym wszystkim bardzo osamotnieni…czasami bezsilni…bezradni…i znow sie podnosimy…i znow z tym kagankiem…i znow ktos go probuje zdmuchnac lub wyrwac nam z dłoni, choc to ostatnia nadzieja dla nas wszystkich…
dobrego….jasnego…ciepłego płomienia…pomimo wszystko…i ze względu na wszystko…
Ze wszystkiego co trudne…a w co Patrzymy sercem i nie odwracamy głowy…co pozwolimy sobie czuć aż do kości, do rdzenia….rodzi się coś tak pięknego, że aż dech zapiera…????????????

Dodaj komentarz